Crico i jego historia

29 czerwca 2011 zmarł Wiesław Podgórski, znany jako Crico. Początkowo cyrkowiec – clown Crico, później – największy w historii Polski wystawca i właściciel Cricolandu. Miał dwa stacjonarne lunaparki i cztery objazdowe. Crico był człowiekiem nietuzinkowym, którego historię z całą pewnością warto znać.

Poniżej przedstawiamy Wam przedruk wywiadu z Wiesławem Podgórskim, zamieszczonym w pierwszym wydaniu magazynu Interplay, datowanym na wrzesień / październik 1994 roku.

Następnie zamieszczamy pośmiertne wspomnienie Crico, napisane przez Pana Eugeniusza Wiechę, dyrektora Rabkolandu, zamieszczone na łamach Interplay.


Rozmowa z Wiesławem Podgórskim zamieszczona w pierwszym wydaniu czasopisma
Interplay (wrzesień / październik 1994).

Kiedy przychodził na świat w Bytomiu w roku 1952, rodzicom ani przez myśl nie przeszło słowo karuzela, a przecież został największym polskim karuzelnikiem. Mowa tu o WIESŁAWIE PODGÓRSKIM, znanym bardziej jako „Crico”. Miasta swego z dzieciństwa nie pamięta, gdyż rodzice przenieśli się do Namysłowa w Opolskie, gdzie ukończył szkołę podstawową.

W tych też okolicach, tzn. w Opolskiem, rozpoczął i ukończył w Koźlu technikum żeglugi z tytułem technika silników i urządzeń okrętowych. Widać już wtedy gnało go w wielki i szeroki świat. Kombinował sobie, że po skończeniu szkoły morskiej przyjdzie mu to łatwiej. Ojciec awansujący wtedy w Lasach Państwowych ze zwyczajnego leśniczego na stanowisko prawie dyrektorskie w Zarządzie Lasów Państwowych marzył o karierze syna jako architekta lub co najmniej prawnika, gdyż młody Wiesław od młodości zdradzał duże zdolności plastyczne i przestrzenne.

Marzenia jednak to jedna, a życie to druga sprawa. Osiemnastoletni Wiesław bierze los w swoje ręce; zaciąga się na pierwszy jacht, który zaoferował mu udział w rejsie i żegluje po Zatoce Puckiej a nawet Bałtyku, lecz bez prawa zawijania do portów obcych, bo w tych czasach byłoby to równoznaczne z ucieczką z kraju, co było już ciężkim przestępstwem wobec socjalistycznej władzy. Na jachcie tym, a potem na innych, jest lubiany przez wszystkich, gdyż potrafi, jak to się mówi, rozweselić towarzystwo. I wtedy w zamkniętych przestrzeniach jachtu, który zaprowadzi go do najpoważniejszych polskich aren cyrkowych, pierwszy raz myśli o cyrku. Jest rok 1974, Wieslaw czyta „Express Wieczorny”, a w nim ogłoszenie: Szkoła Cyrkowa w Julinku pod Warszawą ogłasza nabór na klownów. Decyzja zapada błyskawicznie — jedzie. Na miejscu okazuje się, że takich jak on jest osiemdziesięciu.

Przez gęste sito eliminacyjne przechodzi ich czterech. W Julinku pobiera pierwsze prawdziwe lekcje klownady i to nie od byle kogo. Żyli wtedy jeszcze „wielcy” klowni sprzed wojny, a niektórzy pamiętali czasy carskie, jak Toni Ostrowski, który jako mały chłopiec występował wraz ze swoim ojcem przed carem, od którego dostał złoty zegarek; czy sławny Din-Don, jeden ze słynnej pary braci klownów występujących w równie słynnym cyrku braci Staniewskich z Warszawy. Otarł się więc bezpośrednio o legendy swojego późniejszego zawodu. Los okazał się dla niego szczęśliwy; początek swojej kariery zaczął w Cyrku Wielkim — sztandarowym polskim cyrku tamtych czasów. A na dodatek od razu pod skrzydłami „wielkiego” Edzia Dworakowskiego, niezwykłego komika, ekwilibrysty i ekscentryka.

I tak z Cyrkiem Wielkim zaczęła się wielka kariera Wiesia Podgórskiego, cyrkowego klowna „Crico”, bo takie przybrał cyrkowe imię. Odwiedził z tym cyrkiem wszystkie kraje obozu ludowego (oprócz Korei Płn.), ściskał ręce Żiwkowa, Czouenlaja, ministra Furcewej, księcia Reinera z Monaco — wielkiego miłośnika cyrków i organizatora corocznych festiwali w Monte Carlo. Był w Japonii, Hiszpanii, Francji i wielu innych krajach. Sława jego rosła z każdym występem. Lecz bajka skończyła się. Stan wojenny w 1981 roku, a po nim chude lata dla cyrków. Marzy o własnym cyrku, ale to jeszcze nie ten czas i oczywiście brak pieniędzy. Postanawia zacząć od czegoś małego. Szansą taką wydaje mu się wesołe miasteczko. Zawsze widział je obok cyrku i wydaje mu się, że od tego może zacząć, by zarobić na swój ukochany cyrk. Rzeczywistość jest jednak oporna. To co wydaje się dziecinnie proste, wymaga wyrzeczeń i ogromnej pracy. Wiedzie dalej cygańskie życie, tego się nie boi, zna to z cyrku i to lubi. Martwi się jedynie, że nie ma sprzętu. To co jest w jego zasięgu nie odpowiada jego wizjom, a o zagranicznym sprzęcie może tylko pomarzyć. Nie zraża się jednak. Wielkim wysiłkiem pracy tworzy swój pierwszy objazdowy lunapark. Nazywa go „Rex”, czyli król. Chce być najlepszym. Ale droga nie jest łatwa – są lepsi; nazwa jest na wyrost, lecz zobowiązuje. Kilka lat gna ze swoim „Rexem” od Przemyśla do Szczecina.

Szuka swojej szansy, a w perspektywie nadal widzi swój własny cyrk. W przełom solidarnościowy wchodzi już z pokaźnym arsenałem własnych urządzeń lunaparkowych i już wydaje mu się, że jest bliski swojego celu. Niestety, cyrki zaczynają gwałtownie zmierzać do plajty. Zaczyna się jego dramat. Już ma gotowy projekt swojego wymarzonego cyrku, a tu imprezy tego rodzaju podupadają. Co robić?!

Ale los mu sprzyja. Pojawia się w jego życiu bytomianin, mieszka co prawda już 30 lat za granicą, ale przecież ziemianin, swojak. I tak od słowa do słowa, postanawiają wspólnie zrobić coś dużego. „Swojak” sprzedaje swoje udziały w hotelach na Wyspach Kanaryjskich, załatwia dodatkowe kredyty w Niemczech i tak rodzi się spółka „Crico Show”. Znika „Rex”, a „Crico Show” ma dać Wiesiowi przynajmniej namiastkę wymarzonego cyrku. Spółka opiera swój byt o plac pod Stadionem X-lecia w Warszawie, oraz rozpoczyna budowę stałego Parku Rozrywki w Gdańsku. Teren przy Stadionie X-lecia jest jednak łakomym kąskiem dla zasobniejszych. Dostaje wypowiedzenie. Sytuacja jest trudna. Wtedy to właśnie zatrzymana zostaje budowa metra w Warszawie. Błyskawicznie wykorzystuje tę sytuację, wydzierżawia budynek dyrekcji budowy metra pod Pałacem Kultury, lokuje tam swoje biura, a obok stawia lunapark. Ma w ręku plac nr l w Polsce. Lecz mieć plac nr l to jeszcze nie wszystko. Trzeba na nim coś pokazać. Nie jest lekko. W Gdańsku inwestycja w toku, a tu trzeba inwestować w tak atrakcyjną lokalizację. Przydają się znajomości i kontakty z cyrków. Do Warszawy zjeżdżają karuzele ze Szwecji, Niemiec, Włoch, a nawet z Norwegii.

Świat klowna Crico, czyli imprezy zmieniają się, jak w kalejdoskopie. Polacy (najlepsze karuzele z Chorzowa), Czesi, Niemcy, Szwedzi, Holendrzy i Bóg jeszcze wie kto, starają się o wjazd do Cricolandu.

Prócz czterech stałych Parków Rozrywki, ruszają w trasę zespoły objazdowe. Cricoland stał się potęgą. Crico zaprasza i jest zapraszany. Zdobywa coraz więcej przyjaciół. Ludzie chcą się bawić. Cricoland rośnie w silę, ale… długów przybywa. Urządzenia są coraz kosztowniejsze, a publiczność nie zadawala się już byle czym. Ale Crico jest w swoim żywiole.

Już nie marzy o swoim cyrku, wie że era cyrków kończy się, szansę mają tylko te największe. On ma największy w Polsce lunapark. To go zadowala. Nie zapomina jednak o swoich cyrkowych przygodach. W szafie trzyma zawsze swoje cyrkowe stroje, a jak najdzie go chandra, wyciąga je, przebiera się i chodzi wśród publiczności by ją zabawić i samemu przeżyć raz jeszcze to, co najbardziej kocha, czyli cyrk.


Pośmiertne wspomnienie Wiesława Podgórskiego napisane przez Pana Eugeniusza Wiechę,
dyrektora Rabkolandu, dla Interplay.

Poznałem go w 1982 r., na którymś ze spotkań agentów krakowskiej Filmotechniki, do której należało wtedy około 450 właścicieli wesołych miasteczek i salonów gier.

Prowadził niewielkie objazdowe miasteczko pod nazwą „Rex”. W 1988 powołaliśmy do życia Stowarzyszenie Wystawców Urządzeń Rozrywkowych z siedzibą w Katowicach, którego został wiceprzewodniczącym. W 1998 r. był jednym z 112 założycieli Izby Gospodarczej Producentów i Operatorów Urządzeń Rozrywkowych. Po upadku komunizmu w 1989 r. repertuar jego lunaparku zaczął się gwałtownie powiększać. W 1991 rozłożył się pod Pałacem Kultury i Nauki w Warszawie. Był to plac numer 1 w Polsce. „Rex” zmienił nazwę na Cricoland. Tam odbył się pierwszy finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. O Podgórskim stało się głośno. Zaczął udzielać się społecznie, głównie w zakresie pomocy dzieciom. Na ich wniosek 1 czerwca 1995 r. w trakcie tzw. Sejmu Dziecięcego odznaczony został Orderem Uśmiechu.

Z pochodzącym z Bytomia Niemcem Ulrichem Schubertem założył spółkę Joint Venture Cricoland, która stała się największym polskim wystawcą dysponując 6 wesołymi miasteczkami. Rozmach, z jakim działali stał się też przyczyną ich upadku. Początkiem końca był wypadek w Gdańsku w 1996, gdy z Round Up wypadły drzwi raniąc trzech chłopców, w tym jednego ciężko. Spółka postawiona została w stan upadłości.

W 1997 zorganizowałem w Katowicach uroczystość swoich 50. urodzin, zwanych Abrahamem. Wiesiek przywiózł mi w prezencie duże kryształowe lustro w pięknej barokowej, złoconej ramie. Poprosił mnie też o pomoc w ratowaniu swojego majątku. Tak narodziła się idea stworzenia w Rabce stałego lunaparku, który znany jest dzisiaj jako Rabkoland. Syndyk masy upadłościowej rozpoczął wyprzedaż majątku Cricolandu. Część urządzeń znajdowała się pod zajęciem komorniczym. W 1998 powołaliśmy spółkę Park Rodzinny, w której Wiesława reprezentował Piotr Straniec. Do dzisiaj w Rabkolandzie pracuje 8 urządzeń po Cricolandzie, w tym wielki młyn widokowy. Drugi taki młyn i wiele innych urządzeń nabył lunapark Sowiński we Władysławowie. Kilka urządzeń sprzedano za wschodnią granicę. Z pozostałych resztek Wiesiek utworzył niewielki stały lunapark w Powsinie. Jednocześnie dorabiał jako artysta cyrkowy obsługując przeróżne imprezy i eventy dla dzieci. Miał do tego talent.

W fortach na Bemowie stworzył centrum kultury ludowej, w którego budowę wkładał całą swoją energię. Tam realizował swoją główną ideę – budowę objazdowej panoramy Bitwy pod Grunwaldem, która ostatecznie w 2010 r. miała stanąć na polu bitwy.

Angażował się również w politykę. Najpierw założył swoją Partię Uśmiechu, której żywot był dość krótki. Następnie przyłączył się do Samoobrony, w której zajmował stanowisko społecznego doradcy d/s kultury ministra rolnictwa Andrzeja Leppera. Sprawa ta odbiła się swego czasu szerokim echem w ogólnopolskich mediach. Model Bitwy pod Grunwaldem znajdował się wtedy w holu Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi. Powołał Fundację „Historii i Sztuce”, w której znalazło się wielu ludzi o znanych nazwiskach. Zadaniem fundacji było doprowadzenie projektu grunwaldzkiego go końca. Patronat honorowy nad tym przedsięwzięciem objął ówczesny wicepremier Andrzej Lepper. Jednym z ostatnich jego przedsięwzięć było Muzeum Kiczu, którego budowę już zaczął. Wraz z warszawskim dziennikarzem Zdzisławem Macem planował na terenie obok warszawskiego zoo stworzyć istniejący tam przed wojną lunapark „Sto Uciech”. Dorabiał występami w reklamach telewizyjnych i występami estradowymi.

Z Rabkolandu odkupił jeden ze swoich obiektów – Złoto Azteków. Dokonał jego modernizacji i rozbudowy. Być może kłopoty ze wspólnikami, którzy wywieźli mu ten obiekt w nieznane, były przyczyną jego załamania psychicznego.

Pozostawił trzy córki, z których jedna jest bardzo utalentowaną malarką.

Opuścił nas Człowiek z wieloma talentami. Potrafił śmiać się sam z siebie i przybierać przeróżne pseudonimy. Jednym z nich był Hubert von Schnaps.

Osobiście brak mi będzie jego pomysłów, witalności i godek po śląsku, bowiem tak, jak i ja był Górnoślązakiem. Uwag i reklamacji do nekrologu nie przyjmujemy, jak z pewnością powiedziałby Wiesiek. Niech mu ziemia lekką będzie!



Materiał pochodzi z:
– interplay.pl
– wyborcza.pl

Powrót do poprzedniej strony